Co sprawdza darmowy monitoring strony?
Prawie każde darmowe narzędzie robi to samo: co kilka minut wysyła na Twój adres żądanie i patrzy, czy odpowiedź przyszła i z jakim kodem. Jeśli przyszła z kodem 200, wpis w historii jest zielony. Jeśli nie przyszła wcale albo wróciła z kodem 500, narzędzie wysyła e-mail. To jest cała mechanika i nie ma w niej nic wstydliwego: tak wygląda podstawa, na której stoją też narzędzia płatne.
Do tego dochodzą zwykle sprawdzenia sieciowe, czyli ping, port TCP i nazwa w DNS, oraz termin ważności certyfikatu. Wszystkie są tanie w wykonaniu, więc dostajesz je bez opłaty w praktycznie każdym narzędziu. Dostajesz też pulpit z dostępnością liczoną w procentach i listę incydentów z ostatnich dni.
Warto nazwać to precyzyjnie, bo od tej precyzji zależy cała reszta tekstu. Darmowy monitoring odpowiada na pytanie, czy serwer odpowiada. Nie odpowiada na pytanie, czy klient może kupić. To dwa różne pytania i przez większość czasu mają tę samą odpowiedź, więc różnica ujawnia się dokładnie wtedy, gdy najbardziej boli.
Kiedy darmowy monitoring naprawdę wystarcza?
Wystarcza częściej, niż chcieliby dostawcy narzędzi płatnych, i mówimy to wprost także we własnym FAQ. Są trzy sytuacje, w których dopłacanie do monitoringu byłoby wydatkiem bez pokrycia.
Strona nie sprzedaje bezpośrednio
Wizytówka firmy, blog, strona portfolio. Godzina przerwy jest wtedy przykra, ale nie zabiera pieniędzy z kasy. Sprawdzenie kodu odpowiedzi w zupełności wystarcza.
Przestój kosztuje mniej niż abonament
Jeśli godzina niedostępności kosztuje Cię mniej, niż wynosi miesięczna opłata za narzędzie, rachunek jest zamknięty. Zostań przy darmowym i wróć do tematu, gdy urośnie sprzedaż.
Ktoś i tak jest przy komputerze
Sklep czynny od dziewiątej do siedemnastej, z jedną osobą, która korzysta z panelu codziennie, wyłapie sporo problemów wcześniej niż jakikolwiek alert. Monitoring pilnuje wtedy głównie nocy i weekendów.
Czego darmowy monitoring nie zobaczy?
Nie zobaczy wszystkiego, co dzieje się za pierwszym żądaniem. Serwer odpowiada, strona główna się wyświetla, kod jest 200, a mimo to klient nie kończy zakupu. Awarie tego rodzaju są zwykle ciche: nikt nie dzwoni, żeby powiedzieć, że nie udało mu się zapłacić, tylko idzie kupić gdzie indziej.
Typowe przykłady, których żaden ping nie wyłapie, to formularz logowania odrzucający poprawne hasło po zmianie w bazie, koszyk gubiący pozycje po wdrożeniu, bramka płatności zwracająca błąd tylko dla jednej metody, wyszukiwarka oddająca pustkę i skrypt zewnętrzny, który przestał odpowiadać i zablokował dalsze wczytywanie. W każdym z tych przypadków adres strony odpowiada kodem 200, więc monitoring pokazuje zieleń.
Druga rzecz, której darmowy plan zwykle nie daje, to dowód. Gdy alert przyjdzie, dostajesz informację, że coś było nie tak o trzeciej w nocy, i tyle. Nie ma nagrania, zrzutu ekranu ani zapisu żądań, więc rano zaczyna się od próby powtórzenia awarii, która już nie występuje. To jest ten moment, w którym zgłoszenie do hostingu zamienia się w dyskusję bez rozstrzygnięcia.
Jak policzyć, czy darmowy monitoring Ci wystarcza?
Rachunek jest krótki i nie wymaga żadnych danych z zewnątrz. Weź swoją miesięczną sprzedaż online i podziel ją przez liczbę godzin, w których faktycznie sprzedajesz. Wynik to koszt jednej godziny przestoju, licząc bardzo ostrożnie, bo część klientów wraca, a część nie wraca nigdy.
Teraz drugie pytanie: ile godzin trwa u Ciebie cicha awaria. Nie ta, przy której strona nie odpowiada, bo o niej dowiesz się od razu, tylko ta, przy której płatność przestaje działać w piątek wieczorem. Jeśli odpowiedź brzmi „do poniedziałku rano”, pomnóż koszt godziny przez kilkadziesiąt.
Zestaw ten wynik z ceną narzędzia, które sprawdza ścieżkę zakupową zamiast adresu. Jeśli iloczyn jest mniejszy niż abonament, zostajesz przy darmowym i to jest decyzja poprawna, a nie oszczędność na siłę. Jeśli jest większy, płacisz nie za monitoring, tylko za skrócenie tych kilkudziesięciu godzin do kilku minut.
Na co uważać przy wyborze darmowego planu?
Darmowe plany różnią się między sobą mocniej niż płatne, a różnice siedzą w czterech miejscach, których nie widać na pierwszym ekranie. Warto sprawdzić je przed założeniem konta, bo przenoszenie konfiguracji później jest pracą, której nikt nie planuje.
Co ile minut leci sprawdzenie
Interwał pięciominutowy znaczy, że awaria trwająca cztery minuty może nie zostawić po sobie śladu. Przy sprzedaży w szczycie to bywa istotne, przy wizytówce nie ma znaczenia.
Jak długo trzymana jest historia
Bez historii nie policzysz dostępności za miesiąc ani nie pokażesz nikomu, że problem powtarza się co tydzień o tej samej porze. Sprawdź, ile dni zostaje.
Którymi kanałami przychodzi alert
E-mail o trzeciej w nocy budzi tylko tego, kto ma włączone powiadomienia. Jeśli darmowy plan nie ma Slacka, Teams ani SMS, alert dotrze rano razem z pocztą.
Czy ktoś przypilnuje certyfikatu
Wygasły certyfikat to jedyna awaria, której datę znasz z wyprzedzeniem co do minuty. W tej kategorii ostrzeżenie o terminie jest standardem, także w planach bezpłatnych, więc brak takiej funkcji jest sygnałem ostrzegawczym.
Co daje darmowy plan w Uptimo?
Plan Solo kosztuje 0 zł bezterminowo, nie wymaga karty płatniczej i pilnuje 3 usług. Sprawdzenia to HTTP, HTTPS, DNS, ping i TCP, interwał od 5 minut, powiadomienia e-mail bez limitu odbiorców oraz 5 SMS z alertami miesięcznie. Historia sięga 7 dni. Termin ważności certyfikatu każdego monitorowanego adresu https jest pilnowany w każdym planie, także w tym, bez zakładania osobnej usługi.
Równie ważne jest to, czego w planie Solo nie ma, bo o tym zwykle dowiadujesz się dopiero po założeniu konta. Nie ma scenariuszy przeglądarkowych, czyli sprawdzeń, które przechodzą ścieżkę zakupową w prawdziwej przeglądarce. Nie ma raportów SLA ani eskalacji powiadomień. Scenariusz zaczyna się w planie Start za 149 zł netto miesięcznie i to jest właśnie ta rzecz, za którą się u nas płaci.
Nie udajemy przy tym, że nasz plan bezpłatny jest najszerszy na rynku. Darmowy plan UptimeRobot obejmuje 50 monitorów i publiczną stronę statusu, więc przy portfelu kilkudziesięciu prostych stron wystarcza tam, gdzie nasz nie wystarcza. Piszemy o tym otwarcie na stronie porównania, bo czytelnik i tak to sprawdzi, a wtedy przemilczenie kosztowałoby więcej niż sama różnica.
Po czym poznać, że darmowy monitoring przestał wystarczać?
Są trzy sygnały i zwykle pojawiają się w tej kolejności. Pierwszy: dowiedziałeś się o awarii od klienta, a nie z alertu. Drugi: alert przyszedł, ale nie wiedziałeś, co dalej, bo nie było niczego poza godziną i adresem. Trzeci: ktoś zapytał o dostępność za poprzedni miesiąc, a Ty nie miałeś czym odpowiedzieć, bo historia już się nie sięgała tak daleko.
Każdy z tych sygnałów mówi o czym innym. Pierwszy o tym, że sprawdzane jest nie to co trzeba. Drugi o braku dowodu. Trzeci o zbyt krótkiej historii. Dopiero razem układają się w argument za zmianą narzędzia, a pojedynczy zdarza się każdemu i nie jest powodem do wydawania pieniędzy.
Jeśli rozpoznajesz przynajmniej dwa, najtańszy następny krok nie polega na przenoszeniu wszystkiego. Zostaw darmowe narzędzie tam, gdzie robi swoje, czyli na kilkudziesięciu prostych adresach, i dołóż jedno sprawdzenie ścieżki, na której naprawdę zarabiasz. Taki podział bywa tańszy niż przeniesienie całego portfela do jednego droższego narzędzia.
Zacznij od zera złotych
Plan Solo jest bezpłatny bezterminowo i nie wymaga karty, więc pierwsze trzy adresy razem z certyfikatami możesz mieć pod opieką w kwadrans. Jeśli po tygodniu okaże się, że pytanie brzmi nie „czy strona odpowiada”, tylko „czy klient może zapłacić”, w cenniku widać dokładnie, ile kosztuje odpowiedź na to drugie.